Wydarzenia śr., 01/11/2017 - 08:14

Kim był Theo van Gogh?

Theo van Gogh był ofiarą zamachu na Theo van Gogha. Tak reżysera kojarzy większość nie-Holendrów.
Jeśli w ogóle zdarzyło się im kiedyś o nim słyszeć.

Nie jego życie, ale jego tragiczna śmierć uczyniła go sławnym poza granicami Holandii. A przecież i za życia Theo van Gogh był postacią niezwykłą.

Zacznijmy od pochodzenia.

Po pierwsze i najważniejsze: tak, Theo van Gogh był z „tych” Van Goghów.
Jego pradziadek, również Theo, był bratem Vincenta, jednego z najsłynniejszych malarzy wszechczasów. Ów Theo był na tyle dobrym bratem, że przez wiele lat wspierał finansowo brata-malarza.

Kiedy zaś Vincent odebrał sobie życie, Theo popadł w depresję i wkrótce sam zmarł. Braci pochowano obok siebie.
Więcej o Theo van Goghu „seniorze”
Theo (senior) miał syna Vincenta Willema (przyszłego dziadka Theo-reżysera), który ożenił się z Josiną Wibaut.

I tu pojawia się drugie słynne nazwisko w genealogii Theo van Gogha-reżysera. Josina Wibaut była córką Floora Wibauta, człowieka, któremu w pierwszej edycji Kanonu Amsterdamu poświęcono nawet jeden z 50 tematów.
Floor Wibaut tak zasłużył się Amsterdamowi, że dziś jedna z ważniejszych ulic na wschodzie miasta nazwana została na jego cześć. Również jedna ze stacji metra nosi nazwę Wibaustraat. W mieście znajdziemy także jego pomnik.

Skąd te wszystkie zaszczyty?

Floor Wibaut to jedna z najważniejszych postaci we współczesnej historii Amsterdamu. Pomiędzy 1914 a 1927 oraz 1929 a 1931 r. był on wpływowym radnym, odpowiedzialnym za budownictwo i mieszkania. To Wibaut rozpoczął wielkie projekty, które dały dach nad głową dziesiątkom tysięcy amsterdamczyków.

Jako polityk socjalistycznej SDAP w wyborach startował pod hasłem: Wie bouwt? Wibaut! Świetna gra słów, choć w tłumaczeniu na polski traci się rym: Kto buduje? Wibaut! Ale po niderlandzku zabawne i trafiające w sedno rzeczy: bez Wibauta nie byłoby takiego Amsterdamu, jaki zrodził się w latach dwudziestych i trzydziestych i jaki istnieje do dziś: miasta, w którym mieszkania socjalne stanowią około połowę wszystkich mieszkań.
To, co Wibaut robił w Amsterdamie – nie tylko w mieszkalnictwie, ale i w pomocy społecznej czy służbie zdrowia – dało początek całemu holenderskiemu państwu opiekuńczemu, które rozrosło się po drugiej wojnie światowej.

Wibaut sprawdził to najpierw w Amsterdamie; gdy jego polityka okazała się sukcesem, w jego ślady poszła reszta kraju.
Ok, uporządkujmy. Brat pradziadka ze strony dziadka: Vincent van Gogh, jeden z największych malarzy wszechczasów.
Pradziadek ze strony babci: Floor Wibaut, twórca „socjalnego” mieszkalnictwa w Amsterdamie i prekursor niderlandzkiego państwa opiekuńczego.

Dorzućmy do tego jeszcze wujka, również Theo, w trakcie drugiej wojnie światowej działacza ruchu oporu, rozstrzelanego przez Niemców, i już wiemy, że z takimi przodkami urodzony w 1957 roku Theo van Gogh-reżyser skazany był na ciekawe życie.

I, jak pokazała historia, również na dramatyczną śmierć.

Tak jak Vincent i tak jak wujek Theo (senior), Theo-reżyser również zginął od kul i w dramatycznych okolicznościach.

Historia bywa ironiczna. I brutalna. I lubi kule.
Ale zanim Muhammed B. z pistoletem w kieszeni wsiadł na rower, Van Gogh wyreżyserował kilkadziesiąt filmów, przeprowadził kilkaset wywiadów i napisał niezliczoną ilość felietonów, artykułów i innych tekstów.

Początkowo planował „normalne życie” i zaczął studiować prawo, ale geny van Goghów prędko dały o sobie znać. Rzucił prawo i starał się o przyjęcie do szkoły filmowej. Bezskutecznie. Więc wziął przykład z brata swego pradziadka i tak jak Vincent został samoukiem. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

W 1982 roku zadebiutował 85-minutowym filmem fabularnym Luger.
Już samo streszczenie tego filmu pokazuje, że Theo od początku szukał konfrontacji. Z publicznością, z krytyką, ze wszystkimi. Bohaterem filmu jest psychopata Chris Luger, terroryzujący w domu upośledzoną psychicznie dziewczynkę. Luger nienawidzi zwierząt i kobiet, a van Gogh pokazał to dobitnie w dwóch scenach, które oburzyły recenzentów.

W jednej z nich Luger wrzuca do bębna pralki kilka małych kotków, po czym z radością patrzy na wirujące zwierzęta. W drugiej wsadza lufę pistoletu do waginy starej kobiety.
Począwszy od debiutu van Gogh pracował w tempie Woody’ego Allena i reżyserował prawie że jeden film rocznie. Początkowo były to głównie szokujące obrazy takie jak debiutancki obraz, albo też ekranizacje powieści. O większości jego filmów powiedzieć można było dwie rzeczy.

Po pierwsze, niski budżet.

Po drugie, komercyjna klapa.

Dopiero w latach dziewięćdziesiątych filmy van Gogha zaczęły być doceniane. Obraz 06 okazał się w 1994 roku holenderskim filmem z największą kinową publicznością, a za Blind Date (1996) i In het belang van de staat (1997, W interesie państwa) dostał Złote Cielaki, najważniejsze holenderskie nagrody filmowe.

Van Gogh kręcił dalej, ale żaden z jego filmów nie okazał się wielkim sukcesem. Podchodził do tego, zresztą jak do wszystkiego, z charakterystyczną dla siebie ironią.
Nowy holenderski film jest wciąż gwarancją pustej kinowej sali! – żartował. Reżyserował również seriale, choćby 13-odcinkową serię Najib i Julia, współczesną interpretację Szekspirowskiego Romea i Julii, z Romeo-Marokańskim dostawcą pizzy i Julią-blond Holenderką z dobrego domu.

Jego ostatnim, ukończonym filmem, który premierę miał już po jego śmierci, był 06/05: fabularyzowana opowieść o zabójstwie Pima Fortuyna, holenderskiego antyislamskiego polityka, zamordowanego w 2002 roku. Kolejna ironia losu: w chwili, gdy van Gogh został zamordowany był on właśnie w drodze do swego biura, gdzie miał pracować nad filmem na temat mordu Fortuyna...

Reżyserowanie filmów było głównym zajęciem van Gogha, ale nie jedynym. Dzięki talentowi polemicznemu był cenionym publicystą i felietonistą. Współpraca z kolejnymi gazetami i czasopismami trwała zazwyczaj krótko. Ostre pióro i kontrowersyjne wypowiedzi nie wszystkim redaktorom naczelnym i czytelnikom przypadały do gustu.
Wielokrotnie był oskarżany – czasem także na sali sądowej – o antysemityzm, obrażanie uczuć religijnych (chrześcijan, muzułmanów, itp.) i sianie nienawiści.

Żartował z Holocaustu i Anny Frank, Jezusa nazwał „śniętą rybą z Nazaretu”, a o muzułmanach mówił, że „pieprzą się z kozami”. Część z jego felietonów wydano w formie książkowej. Oczywiście z prowokacyjnymi tytułami: „Czy biję moją żonę wystarczająco mocno?” (1996), „Zdrowy palacz” (2000) czy „Allah wie to lepiej” (2003).
Do grożenia sądem i śmiercią był przyzwyczajony, ale niewiele sobie z tego zrobił. – Oni myślą o mnie:

To wiejski głupek, po co go zabijać? – mówił w jednym z ostatnich wywiadów, na kilka tygodni przed śmiercią.
Mylił się.
Theo van Gogh pozostawił po sobie jednego syna, Lieuwe van Gogha.
W miejscu, gdzie go zamordowano, nie znajdziemy żadnej tabliczki informacyjnej czy pomnika.

Kto chce oddać cześć Theo van Goghowi – symbolowi nieskrępowanej wolności słowa i ofierze fundamentalizmu religijnego – udać musi się kilkadziesiąt metrów dalej, do parku Oosterpark, do którego po oddaniu strzałów i wbiciu noży w ciało reżysera, zbiegł jego morderca.
W marcu 2007 roku odsłonięto tam pomnik ku jego czci.

Uroczystość zgromadziła setki amsterdamczyków. Wzięli w niej udział m.in. ojciec Theo, Johan van Gogh, dwie siostry reżysera, komik Hans Teeuwen oraz burmistrz Amsterdamu Job Cohen. Dobre podsumowanie życia i śmierci Theo van Gogha.

Sz.B.