Historia i kultura śr., 07/02/2018 - 08:54

"Na lokacji w Holandii"

Martyna Flemming, polska emigrantka, która mieszkała w Holandii i w kilku innych krajach. Swoje doświadczenia życiowe i zawodowe opisuje w książce "Życie pechowej emigrantki", poniżej fragment z Holandii:

"Po żmudnym procesie rekrutacji trafiłam na listę skoczków rezerwowych. Tak się nazywa osoby, które jadą do Holandii do pracy, ale tej pracy nie mają. Jeśli którykolwiek z pracodawców potrzebuje z dnia na dzień dodatkowych ludzi, skoczek pojawia się w pracy. Agencja ma tydzień, by rezerwowy skoczek dostał stałą pracę, a wtedy na jego miejsce przyjeżdża ktoś inny.

O 6.00 rano, na placu świętego Andrzeja w Katowicach miałam zaklepane miejsce w busie.

Po Cyprze i tamtejszych przygodach paliła mi się lampka ostrzegawcza.

Jeśli coś wyda się podejrzane, zawieje mi ściemą, do busa nie wsiadam.

Ponieważ nie pachniało ściemą, wsiadłam i pojechaliśmy w kierunku Opola.

Duża firma przewozowa, wioząca czterdzieści osiem osób w sześciu busach, zorganizowała przerzut ludzi na parkingu pod Opolem.

Zapytałam, o co chodzi. Okazało się, że przerzut jest wymagany, bo przyszli pracownicy jadą w różne strony Holandii i każdego trzeba upchnąć do odpowiedniego busa.

Usiadłam obok kierowcy. Obok mnie wolne miejsce. Planowałam się zdrzemnąć, jednak nici z mojego spania, bo na obrzeżach Wrocławia wsiadła Ula i zajęła miejsce z przodu, tuż koło mnie.

Rozmawiałam więc z kierowcą, który dzielił swoją uwagę między CB-radio, połączenia komórkowe z innymi kierowcami busów i mnie. Punkt 15.00 powiedział, że właśnie mija dwanaście godzin, odkąd siedzi za kółkiem, bo musiał wszystkich poodbierać z punktów zbiorczych i przywieźć na miejsce przerzutu.

Miodzio, a my nawet nie wyjechaliśmy z Polski.

Byłam wkurzona, bo dowóz do Holandii miał być konkretny i szybki, a jak na razie od dziewięciu godzin tułaliśmy się po Polsce.

Minęła 21.00. Siedziałam już od piętnastu godzin w busie, z przerwami na papierosa na stacjach benzynowych, i nadal nie byłam w Holandii. Wszyscy z busa następnego dnia szli do pracy i smacznie spali oparci o szybę, współpasażera lub fotel.

Ja pośpię, jak dojadę, jutro przecież mam wolne – pocieszałam się.

O północy, po osiemnastu godzinach jazdy, trafiłam pod właściwy adres. Okolice Rotterdamu, Hellevoetsluis. Domek letniskowy w dużym ośrodku wypoczynkowym. Całe szczęście, że Ulę, współpasażerkę, przydzielono do tego samego domku.

Zadzwoniłam do drzwi. Cisza. Spróbowałam drugi raz. Zobaczyłam w szybie zbliżającą się twarz z długim, zakręconym wąsem. Drzwi się otworzyły i ukazał się pięćdziesięciolatek w białych slipach, który w progu oznajmił, że nazywa się Janek.

Janek wniósł nasz bagaż mimo protestów, że my same. Pomagał i od razu poczęstował pomidorami ze szklarni, w której pracował, bo uważał, że z pewnością jesteśmy głodne.

– Na stole w salonie jest kartka od koordynatorki – dodał na koniec. – Rano jedziecie do pracy. Tam leży. – Wskazał stół.

Podeszłam i przeczytałam. Przeczytałam i nie dowierzałam. O 5.00 miałyśmy czekać pod domkiem.

O 5.00? Za cztery i pół godziny? A co ze spaniem? Nie mam nic do jedzenia… Oprócz kilku pomidorów Janek ugościł nas jeszcze chlebem. Szybka kąpiel i heja do łóżka. Zanim zasnęłam, trzeba było wstawać. Wstałam i pojechałam do swojej pierwszej pracy w Holandii – sortowni papryki.

Jakie wrażenia? Średnie. Sami Polacy. To chyba był plus. Tak wówczas uważałam.

Dziewczyny miłe. Już zaczynałam się wczuwać w klimat miejsca, gdy dowiedziałam się, że to tylko na jeden dzień – potrzebni byli dodatkowi pracownicy. O 15.00, dwie godziny przed końcem pracy, nie wiedziałam, gdzie jestem i jak się nazywam. Nie spałam od dwóch dni – noc przed wyjazdem spędziłam w podróży do Katowic. W pracy chciałam nie być najgorsza.

Ponoć wyglądałam niezbyt ciekawie. Marzyłam o końcu dnia pracy. Padłam jak nieżywa. Kolejne trzy dni czekałam na ofertę pracy. Agencja nie spieszyła się, by coś mi znaleźć.

W czwartek dostałam info, że mam się przeprowadzić. Maassluis – superchata i pięć koleżanek w domku. Praca od piątku: szklarnia z kwiatami.

Wielki moloch, kilka sekcji szklarniowych, wszędzie jeździło się na rowerze lub hulajnodze. Potrzymali naszą piątkę półtora tygodnia i spadówa. Duże zamówienie skończyło się – nie potrzebujemy was do pracy.

inny fragment książki tutaj: 

 

"Za kąpiel chłopak zapłacił 500 euro kary. Hotel pracowniczy był ponad moje siły."

Środek listopada, moje urodziny, sobota, dzień przeprowadzki z Maassluis do Rotterdamu (na obrzeża miasta). Miałam doła – nie ma jak swoje urodziny spędzić najpierw na czekaniu na busa od przeprowadzek, a potem na jeżdżeniu po Holandii. Koleżanki ze starego mieszkania powiedziały busiarzowi, że mam urodziny. Postanowił zaanonsować mnie na nowych włościach.

Weszłam z nim na pierwsze piętro bloku w Rotterdamie. Zapukałam. Otworzyły się drzwi i co zobaczyłam? Sam środek babskiej, sobotniej imprezy. Sześć babek w wieku od dwudziestu pięciu do czterdziestu pięciu lat, kraty piwa na stole, chipsy, chichy, śmiechy, a mnie się płakać chciało.

– Zajmijcie się nią należycie, ona ma dziś urodziny – strzelił kierowca.

O, matko! Tylko nie to.

– Ooooooooooooo, to stawiasz flaszkę! – zawołała jedna z nich.

– Sorry, ale żadnej flaszki nie będzie.

Poprosiłam o pokazanie pokoju i poszłam się rozpakować.

Było mi wszystko jedno, czy mnie polubią, czy nie. Miałam urodzinowego focha na świat i nie chciało mi się świętować. Zwłaszcza z tymi kobietami. Zawołały mnie do salonu. Poszłam. Zaczęły wypytywać o jakieś szczegóły z mojego życia.

Zauważyłam ciekawy obrazek, tworzący historię tych kobiet. Wszystkie zaciągały po śląsku. Każda, mimo imprezy, trzymała laptopa na kolanach lub gdzieś blisko siebie. Każda spijała piwo z puszki, podjadając chipsy. Każda miała nadwagę.

Poszłam po herbatę do kuchni na wprost salonu. Spojrzałam na kuchenkę. W około dwudziestolitrowym garnku bigos. Zauważyły moje zainteresowanie.

– Chcesz bigosu?

– Dzięki, ale nie jadam takich rzeczy – odpowiedziałam miło.

Jedna z nich, jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, wstała z kanapy, klepnęła się po brzuchu, beknęła i zaciągając po śląsku, powiedziała:

– My też kiedyś byłyśmy szczupłe. Kilka miesięcy w Holandii i będziesz wyglądać tak jak my.

Nie ma mowy – pomyślałam.

Mieszkałam z nimi tydzień. Ich szczupłość poszła w zapomnienie, bo oprócz bigosu jadły inne cudne rzeczy. Gdy skończył się bigos, ugotowały golonkę. Golonka zjedzona, czas na grochówkę. Jak nie było żarcia z dużego garnka, to odpalały fast foody z mikrofali. I to wszystko mocno zalewane najtańszym piwem z pobliskiego Lidla."

książka do nabycia m.in. w empiku (tutaj link) a także w niektórych polskich sklepach na terenie Holandii.

więcej o książce znajdziesz tutaj: http://mojaholandia.nl/artykul/zycie-pechowej-emigrantki

 

Kategoria: Historia i kultura Tagi: książki