wt., 30/10/2012 - 21:04

Wróg islamu musiał zginąć

2 listopada 2004 roku. Theo van Gogh został zamordowany około wpół do dziewiątej rano, ale już w kilka minut po jego śmierci na ulicach zaczęli gromadzić się ludzie.

Przede wszystkim w miejscu, gdzie go zamordowano – po to by oddać mu cześć. Ale szybko pojawiły się też obawy: a co jeśli wściekłość amsterdamczyków wywołana morderstwem przemieni się w falę ataków na muzułmanów?

Jak przebiegało zabójstwo? czytaj tutaj >>>  Morderstwo, które zmieniło Holandię 

kim była ofiara? >>>  Kim był Theo van Gogh? 

 

W pierwszych reakcjach politycy wyrażali swój szok i smutek. Ale od razu dodawali: nie ulegajmy emocjom. Podobnie zareagowała liberalna część społeczności muzułmańskiej.

Odcinamy się od tego mordu, nie zgadzaliśmy się w wielu sprawach z van Goghiem, ale odrzucamy przemoc.

Przy ścieżce rowerowej na Linnaeusstraat pojawiły się tego dnia dziesiątki kwiatów i zniczy. Czasami dochodziło do ostrych dyskusji, ale aktów przemocy nie odnotowano. Kulminacją dnia było masowe czuwanie na głównym placu Amsterdamu, Dam. Do dwudziestu tysięcy zgromadzonych przemówił m.in. ówczesny burmistrz miasta, Job Cohen.

Na życzenie rodziny nie zorganizowano marszu milczenia. Milczenie nie pasowało do Theo van Gogha. Wręcz przeciwnie, wieczór 2 listopada był w Amsterdamie głośny i pełen jazgotu.

- Nie chcemy ciszy, ale hałasu – mówił do tysięcy zgromadzonych Cohen – To, co się tu wydarzyło, nie może mieć miejsca w Holandii. A już kompletnie nie w takim mieście, jak Amsterdam!

Aplauz, krzyki i walenie w bębny. Amsterdam nie da sobie zamknąć ust. Kulami, nożami, przemocą – nie, nie zamkniecie ust mieszkańcom miasta, które od rana do później nocy oddycha wolnością.

Początek listopada 2004 roku nie był jednak w Holandii spokojny. Napięć na linii wściekli Holendrzy – muzułmanie nie udało się uniknąć. 6 listopada doszło do próby podpalenia meczetu w Uden, 9 listopada całkowicie spłonęła islamska szkoła podstawowa w tym mieście. Oba podpalenia były dziełem tej samej grupy holenderskich wyrostków w wieku 14-17 lat. Szybko ich aresztowano. Sami przyznali: chcieli pomścić van Gogha.

11 listopada policji z Venray udało się zapobiec zamachowi na tamtejszy meczet. Mniej skuteczne holenderskie służby okazały się dwa dni później, kiedy w Helden (Limburgia) spłonął drewniany meczet. Do incydentów, inspirowanych złością po zabiciu van Gogha, dochodziło nawet i w rok po jego śmierci. W marcu 2005 odbudowana islamska szkoła w Uden znów stała w płomieniach. W Uden, jak widać, nie dają szybko za wygraną.

Mimo że większych starć udało się uniknąć, zabójstwo reżysera zrodziło wiele pytań. Jak to jest z wolnością słowa w Holandii? Czy krytykując islam liczyć trzeba się ze śmiercią? Ilu jeszcze islamskich ekstremistów chodzi po naszych ulicach? Czyżby „multikulturowe społeczeństwo” faktycznie okazało się porażką? I tak dalej.

Fortuyn i Van Gogh zostali zamordowani, ale krytyka islamu nie zniknęła. Wręcz przeciwnie, ich śmierć uczyniła temat jeszcze bardziej palącym. Politycy tacy jak Ayaan Hirsi Ali, Rita Verdonk i Geert Wilders przejęli pałeczkę od swych poprzedników: zlikwidowanych z zimną krwią przez fanatyków. Teraz oni stali się symbolami tej walki.
Tyle, że już z grupką ochroniarzami zawsze wokół nich. 

Fortuyn i Van Gogh w TV, 4 listopada 2001 (niemal równo 3 lata przed śmiercią Van Gogha i rok przed zabiciem Fortuyna!)

Zamordowanie van Gogha najmocniej odbiło się na życiu Hirsi Ali. Morderca wbił nożem w ciało van Gogha list, skierowany właśnie do niej. To przecież ona napisała scenariusz filmu Submission, nakręconego przez van Gogha i krytykującego islam.

List jest kuriozalny i obnaża chorą i fundamentalistyczną ideologię, wyznawaną przez mordercę, Mohammeda Bouyeriego. Zwraca się on do Hirsi Ali per „Pani”, nazywa ja „niewierną fundamentalistką” i używa oficjalnego i patetycznego języka. Mohammed B. – jak powszechnie nazywa się go w niderlandzkich mediach – stara się tu wykazać, że właściwie to nie nienawidzi jej i van Gogha, ale jest zmuszony okolicznościami do ich wyeliminowania, ponieważ to oni nienawidzą Islamu. Cały ten pseudofilozoficzny wywód przyprawiony jest cytatami z Koranu i polany antysemickim sosem.     

„Od chwili pojawienia się Pani na holenderskiej scenie politycznej bez ustanku zajmuje się Pani terroryzowaniem swymi wypowiedziami muzułmanów i islamu – pisze na początku listu Mohammed Bouyeri – Nie jest Pani pierwszą, która tak czyni i nie będzie Pani także ostatnią, która przyłączyła się do krucjaty przeciwko islamowi”.

I tak dalej.

Po zamordowaniu Van Gogha, Hirsi Ali przez kilka miesięcy przebywała w ukryciu w specjalnym mieszkaniu w bunkrze, pilnowana bez przerwy przez ochronę. Po burzliwej politycznej karierze – co zasługuje na osobny tekst – w 2006 roku zrezygnowała z mandatu poselskiego i wyjechała do USA. Rozpoczęła tam pracę dla wpływowego, konserwatywnego instytutu badawczego American Enterprise Institute for Public Policy Research. Związany z prezydentem G.W. Bushem instytut był niegdyś także miejscem pracy obecnego szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego.

Obecnie Hirsi Ali nadal mieszka i pracuje w USA, a krytyka islamu to wciąż jeden z najczęściej podejmowanych przez nią tematów. Morderstwo Van Gogha było niewątpliwie jednym z głównych czynników, które zdecydowały o opuszczeniu przez nią Holandii.

Holandii prędko nie opuści nadawca listu do Hirsi Ali i zabójca van Gogha. W lipcu 2005 roku sąd skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Przed rozpoczęciem procesu poddano go obserwacji psychiatrycznej i uznano go za poczytalnego. Mohammed B. początkowo odmawiał współpracy z wymiarem sprawiedliwości, ale śledczym udało się zrekonstruować jego tok myślenia.

Według niego Van Gogh był „wrogiem islamu”, a w Holandii trwała „medialna wojna” z islamem, w której to wojnie van Gogh odgrywał jedną z głównych ról. Wrogowie islamu muszą zginąć, wyczytał Mohammed w starych islamskich tekstach z XIII wieku, które hobbistycznie tłumaczył na niderlandzki. Siebie wiedział Mohammed B. jedynie jako narzędzie w rękach Boga. Konkluzja była prosta: musiał zabić van Gogha.

Jak później przyznał, w trakcie pościgu po morderstwie strzelał do policjantów, ponieważ miał nadzieję, że zostanie zastrzelony. Chciał zostać męczennikiem, na co wskazywał choćby rymowany (!) list pożegnalny, jaki znaleziono przy nim po aresztowaniu.

- Nie mogę go (Van Gogha) podejrzewać o hipokryzję, ponieważ on nie był hipokrytąMohammed B. przemówił w końcowej fazie procesuOn taki nie był i ja wiem, że on wierzył w to, co mówił... Więce wszystkie te opowieści, że czułem się obrażony jako Marokańczyk albo dlatego, że nazwał mnie geitenneuker [dosłownie „pieprzący kozy”, przekleństwo używane często wobec muzułmanów, wymyślone przez van Gogha], to wszystko nieprawda. Działałem kierowany religią. I sam przyznałem, że gdyby był to mój ojciec albo mój brat, zrobiłbym to samo.

Nie ze złości, nie z nienawiści, nie kierowany emocjami. Nie, Mohammed B. zabił, ponieważ był narzędziem w rękach Boga, który wymierza sprawiedliwość. Nie miał wyjścia.  

W liście, jaki Mohammed B. wysłał z więzienia w 2010 roku, sześć lat po morderstwie, napisał, że nie żałuje swego czynu. „Ani przez sekundę, przez wszystkie te lata”, dodał.
Koniec kariery Theo van Gogha okazał się za sprawą Mohammeda B. równie głośny i dramatyczny, co jej przebieg. Kim jednak Theo van Gogh właściwie był – oprócz tego, że był reżyserem głośnego dokumentu Submission, za który zapłacił życiem? I jak go w Holandii zapamiętano? Czytaj w części - http://mojaholandia.nl/artykul/kim-byl-theo-van-gogh 

Sz. B.

Film dokumentalny holenderskiej telewizji na temat zabójstwa