Historia i kultura sob., 25/06/2016 - 11:19

Zamiast chłosty... zakład poprawczy

Wychłostać? Wypalić na skórze należytą przestrogę? Wygnać z miasta? Odrąbać dłoń?

Kiedy pod koniec szesnastego wieku przed obliczem amsterdamskich władz stanął szesnastoletni złodziejaszek sędziowie mogli wybierać spośród tych zapewne skutecznych, acz niezbyt sympatycznych jak na nasze współczesne oko, kar.
Jednak wraz ze zbliżającym się złotym siedemnastym wiekiem zmieniała się również mentalność.
Odrąbywanie dłoni nastolatkom, którzy z głodu ukradli jabłko czy wychudzoną kurę, coraz bardziej oświeconych rajców coraz to mniej bawiło.

Przestępców trzeba nie karać, ale i wychowywać! – pojawił się pomysł.
A za pomysłem poszły konkretne projekty.

W 1596 roku dawny klasztor klarysek przy ulicy Heiligeweg zamieniono w pionierski dom poprawczy. Dziś w tym miejscu stoi Kalvertoren , centrum handlowe, gdzie możemy kupić bluzkę lub zjeść bułkę z serem spoglądając na piękną panoramę holenderskiej stolicy. Każdy, kto od czasu do czasu robi zakupy w Amsterdamie, zna zapewne ów stojący przy Kalverstraat budynek. Czterysta lat temu nie pchalibyśmy się jednak do jego wnętrza z taką radością.
Pomysł miejskich rajców była prosty i szlachetny. Po co brudzić sobie dłonie biczowaniem, wypalaniem na ciele pouczających znamion i odcinaniem tej czy innej części ciała, skoro z kryminalistów można spróbować zrobić porządnych obywateli?

Kara nie powinna być jedynie zemstą za uczynione zło; kara powinna być także szansą na poprawę. A ponieważ Holendrzy należą do praktycznych nacji, sposobem na poprawę kiepskiej przeszłości, miała być praca. Ciężka praca, taka, której w Holandii nikt z własnej woli nie chciał się podjąć. Uitzendbureaus dostarczających tanią siłę roboczą z zagranicy jeszcze wówczas nie było. Tym sposobem chciano upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: nowatorskie, „oświecone” podejście do kwestii zbrodni i kary (dziś użylibyśmy tutaj nawet słowa „resocjalizacja”) połączyć z całkiem zyskownym interesem.

Dziś często używa się przykładu owego pierwszego domu poprawczego jako symbolu, pokazującego nowatorskie podejście Amsterdamu do problemów społecznych.
To prawda, system pomocy społecznej dla biednych, sierot, wdów i chorych rozwinął się w siedemnastowiecznym Amsterdamie o wiele lepiej niż w wielu innych europejskich miastach. Także filozofia stojąca za tymi zmianami była na tle ówczesnej światowej akceptacji dla kar cielesnych, tortur i wygnań z miasta nowatorska. Ale w miejscu, gdzie dziś kupimy hot-doga z HEMA, cztery wieki temu nie było wcale wesoło.

Budynek przy Heiligeweg szybko zyskał nową nazwę – „Rasphuis”. Huis od polskiego dom, a ras od rasspen, czyli raszplowania. Dla tych, którzy nigdy nie zgłębiali tajników obróbki drewna: raszplowanie polega na obrabianiu drewna ciężkim pilnikiem. Resocjalizacja mieszkańców Rasphuis polegała zatem na morderczym ścieraniu w proch twardego tropikalnego drewna sprowadzanego z Brazylii. W ten sposób uzyskiwano barwniki, z których następnie robiono farbę.

Dla urodzonego dziesięć lat po otwarciu Rasphuis Rembrandta nie najgłupszy pomysł.
Ponieważ także równouprawnienie kobiet i mężczyzn leżało na sercu władz miasta, w rok po uruchomieniu męskiego zakładu poprawczego, otwarto jego damską wersję.
Być może ku rozpaczy ówczesnych feministek, równouprawnienie nie było jednak całkowite.

Paniom skonfliktowanym z prawem nie dano możliwości zmagania się z twardym brazylijskim drewnem. Zamknięte w ówczesnym klasztorze urszulanek przy Oudezijds Achterburgwal damy godzinami oddawały się mniej pasjonującemu zajęciu: szyły i przędły. Stąd też nazwa tej instytucji, Spinhuis, dom prząśniczek.
Aby z całego tego przedsięwzięcia wygenerować jeszcze większe zyski, miasto wpadło na genialny pomysł: zróbmy z tego atrakcję turystyczną! Za niewielką opłatą można było zatem wykupić bilet i spędzić miłe sobotnie popołudnie na obserwowaniu ciężko pracujących kryminalistek.

Odpowiedzialni rodzice bez wahania zabierali swe pociechy na wizytę w Spinhuis, by dzieci mogły zobaczyć, jak się kończy, jeśli nie przestrzega się prawa. Jeśli również my żywimy podobną ciekawość, rzucić możemy okiem na nieco późniejszą rycinę (z 1783) H.P. Schoutena, przedstawiającą wnętrze Spinhuis: ():
Nie tylko w więziennictwie miasto decydowało się na innowacje. Także system opieki nad biednymi był w siedemnastowiecznym nowatorski.

Również tutaj szlachetne ideały rajców zderzyły się z ich pragmatycznym podejściem. Miasto chciało dbać o swych ubogich, ale nie miało zamiaru brać wszystkich kosztów na siebie. Rozwiązaniem miały być instytucje powoływane nie przez centralne władze, ale przez poszczególne społeczności wyznaniowe. Katolicy niech dbają o swych katolickich ubogich, protestanci niech pomagają protestanckim żebrakom, a żydzi niech pielęgnują żydowskich chorych.
Instytucji świadczących pomoc społeczną pojawiało się w Amsterdamie coraz więcej. Sieroty trafiały do Burgerweeshuis – dziś w jednym z budynków tej instytucji znajduje się Amsterdams Museum, a do dawnego przeznaczenia Burgerweeshuis nawiązuje organizacja Spirit, pomagająca rodzicom w opiece nad dziećmi.

Bezrobotni liczyć mogli na wsparcie Huiszittenhuis, a chorzy udawali się do Sint-Pietersgasthuis. Pojawiały się też placówki przeznaczone dla seniorów (oczywiście osobne dla mężczyzn i kobiet) oraz dla osób z problemami psychicznymi (nazywanych wówczas bezmyślnie „wariatami”).

Katolicy mieli z kolei swój Maagdenhuis, sierociniec znajdujący przy placu Spui. Pierwszy budynek spełniający funkcję katolickiego domu dziecka pojawił się tam już na początku siedemnastego wieku. W mieście, w którym to protestanci objęli władzę, katolikom nie było łatwo i Maagdenhuis był jednym z nielicznych oficjalnych katolickich przedsięwzięć w mieście.

W osiemnastym wieku w miejsce starego sierocińca zbudowany nowy, a dziś budynek należy do amsterdamskiego uniwersytetu UvA.
Maagdenhuis:
W 1613 władze miasta powołały sześcioosobową „radę kapelanów”, mających sprawować kontrolę nad pomocą społeczną w Amsterdamie.
Zajmowała się ona żebrakami, podrzutkami, sierotami i wszelkiego rodzaju biedakami i pokrzywdzonymi przez los. Udzielanie zapomóg, rozdawanie żywności chorym czy organizowanie pogrzebów dla nędzarzy należało do ich zadań. Organizacja ta szybko się rozrosła i w 1662 dorobiła własnego budynku, mającego pełnić przede wszystkim rolę domu dziecka.

W dwadzieścia lat po otwarciu sierocińca zajmował się on już (!) 1300 dziećmi.
Jak owe setki maluchów mieściły się w budynku przy Prinsengracht 436, trudno sobie wyobrazić. W latach 1825-1829 budynek przebudowano i w miejsce sierocińca urządzono sąd. Paleis van Justitie, Pałac Sprawiedliwości, był następnie jeszcze kilka razy przebudowywany. Ale jeśli następnym razem przechodzić będziemy obok tego imponującego gmachu w centrum Amsterdamu, rzut beretem od tętniącego życiem Leidseplein, pamiętajmy: w siedemnastym wieku zamiast uczonych prawników mieszkały tu biedne sieroty. Podobnie zresztą jak wiele innych budynków w centrum, gmach ten służył pomocy najbardziej potrzebującym.

Dziś uważać możemy poprawczak, w którym od rana do wieczora musiano ciężko fizycznie pracować, lub dom dziecka, w którym mieszkały setki dzieci, za miejsca nie mające wiele wspólnego z tym, jak dobrze zorganizowana pomoc społeczna powinna wyglądać. Jednak w szesnastym i siedemnastym wieku były to nowości, czyniące z Amsterdamu lidera na tym polu.


Sz.B.