Historia i kultura ndz., 26/06/2016 - 16:09

Dzielnica prostytutek w Amsterdamie.

Red light district, czy to się komuś podoba czy nie, to jedna z głównych atrakcji Amsterdamu.

– Obecnie około 70 procent tych dam pochodzi z Europy Wschodniej – mówi Joep de Groot, policjant przez dekady pracujący w de Wallen, amsterdamskiej dzielnicy rozpusty.

Reputację Amsterdamu miasta-płatnego seksu budują dziś głównie Rumunki, Węgierki i Polki.

 



Kiedyś dzielnica de Wallen pełna była holenderskich prostytutek, dziś w oknach zobaczymy głównie rozebrane kobiety z Europy Wschodniej, Azji czy Ameryki Południowej.

 

De Wallen, znajdujące się kilka minut piechotą od dworca głównego, przyciąga obecnie nie tylko wielbicieli płatnego seksu.

Wąskie uliczki wokół starego kościoła Oude Kerk pełne są turystów z całego świata. Amsterdam, miasto wolości, seksu i zabawy! I prostytutek, które z własnej woli i z uśmiechem na twarzy wykonują swój zawód! – myślą amerykańscy i koreańscy turyści.

Ale rzeczywistość jest inna. Od 2007 roku gmina Amsterdam realizuje plan ograniczenia liczby „okien” w de Wallen. Z jakiś 400-500 zostać ma dużo mniej. „Okna” to miejsca, w których stoją prostytutki. Za szybą, często skąpo ubrane, zaczepiające (wzrokowo i gestami) przechodniów.

Według władz miasta obecne de Wallen nie ma wiele wspólnego z „wesołym de Wallen” sprzed półwiecza. „Okna”, coffeeshopy i kluby są dziś własnością głównie podejrzanych typów i zwykłych kryminalistów. Prostytutki często są terroryzowane lub sprowadzane z Europy Wschodniej: Węgier, Polski, Ukrainy. Często nie wiedzą do jakiej pracy jadą. A jeśli nawet wiedzą, ale po pewnym czasie chcą zrezygnować, jest to niemożliwe. Szantaż, wyzysk, groźby – to norma. A często również przemoc.

Nie zawsze tak było. Prostytucja w Amsterdamie jest oczywiście równie stara, co samo miasto. Wiadomo, najstarszy zawód świata. Początkowo panie lekkich obyczajów pracowały w różnych miejscach miasta, choć większość z nich urzędowała w pobliży portu. Przy IJ, przy Geldersekade, tam prostytutek nie brakowało. Kiedy w XIX wieku pojawiła się dzielnica de Pijp  (De Pijp (1900): od burdeli i biedy… do dzielnicy marzeń ) również tam powstały burdele – od luksusowych dla bogaczy po cuchnące stęchlizną pokoiki dla napalonych żeglarzy i studencików.

Jakieś sto lat temu w Amsterdamie znajdowało się prawie 1,000 burdeli, w których pracowało ponad 2,000 prostytutek (jak widać, większość przybytków była malutka). Już wówczas Amsterdam znany był za granicą jako „stolica grzechu i rozpusty”. Kiedy na początku XX wieku holenderski parlament zakazał burdeli, amsterdamska prostytucja przeniosła się w jedno miejsce: dzielnicę de Wallen, położoną pomiędzy ulicą Warmoesstraat oraz dzielnicą Zeedijk. Burdele odeszły do przeszłości, ale prostytucja „w oknach” była przez władze tolerowana. Okien przybywało. Oraz prostytutek.
 
Początkowo de Wallen miało stosunkową dobrą prasę. W każdym mieście są prostytutki, ale w Amsterdamie zamiast płatnego seksu zakazywać, rozwiązaliśmy to w pragmatyczny sposób. Patrz, świecie i ucz się! Przenieśliśmy prostytucję w jedno miejsce, przeprowadzamy tu kontrole, kobiety są badane i nie są wyzyskiwane.

Również w kulturze popularnej de Wallen stało się popularne. Książki policjanta H. Voordewinda, pracującego w dzielnicy, świetnie się sprzedawały. Tworzący przed wojną i tuż po wojnie policjant-pisarz opisywał de Wallen jako nieco niebezpieczną, ale przede wszystkim wesołą, oddychającą wolnością dzielnicę. Przestępczość tu była, ale wcale nie taka groźna, a prostytutki to wesołe, ciężko pracujące dziewczyny z charakterem – opisywał. 

 

Appie Baantjer, który pracował w tym samym komisariacie przy ulicy Warmoesstraat co H. Voordewind, okazał się jeszcze zdolniejszym pisarzem.
Jego 70 policyjnych powieści, rozgrywających się często w de Wallen, sprzedało się w 7 milionach egzemplarzy! Także telewizyjne seriale czy powieści poważniejszych autorów umacniały tę wizję: de Wallen to oaza wolności, tolerancji i swobodnego podejścia do kwestii seksu, lekkich narkotyków i prostytucji.

Kiedy w latach sześćdziesiątych coraz częściej dochodziło w dzielnicy do brutalnych mordów na prostytutkach, a w latach siedemdziesiątych rozpoczął się napływ „taniej siły roboczej” z np. Surinamu (z którego po uzyskaniu niepodległości w 1975 roku tysiące osób przyjechało do Holandii), sytuacja w de Wallen zaczęła się zmieniać. Rosnące obroty oznaczały rosnące zyski, a co za tym idzie – większe zainteresowanie ze strony światka przestępczego. Wiele „okien” i coffeeshopów trafiło w ręce kryminalistów, prostytutki bywały częściej szantażowane i wyzyskiwane.

Jeszcze pół wieku temu w de Wallen pracowały głównie holenderskie prostytutki, dziś ich liczbę szacuje się jedynie na 10-15 procent. Dominują panie z Europy Wschodniej, Azji, Ameryki Południowej, Karaibów. Kobiety, które nie znają nikogo w Holandii, nie znają swych praw, przypadkiem trafiają do tej pracy.

Poza tym de Wallen, które zawsze było czymś więcej niż tylko „dzielnicą burdeli” – do lat siedemdziesiątych znajdowały się tu również zwykłe sklepy, siedziby firm czy mieszkania zwykłych obywateli – zaczęło przekształcać się w dzielnicę stricte rozrywkową, w dodatku zarządzaną przez mafiosów.

Coś, co dla turystów po dziś dzień wydaje się liberalnym i przesiąkniętym wolnością i swobodą miejscem – patrz, jak te panie się uśmiechają! jakie to nowoczesne, że w Holandii prostytutki oficjalnie mogą pracować w normalnych warunkach! – tak naprawdę jest brutalnym, bezwzględnym światem, nad którym miejskie władze nie są w stanie zaplanować.

W 2007 roku gmina Amsterdam rozpoczęła realizację programu, który ma zmienić charakter de Wallen. Podejrzanym właścicielom „okien” nie udziela się nowych zezwoleń na prowadzenie przybytków o wątpliwej reputacji. Podobnie dzieje się w przypadku coffeeshopów. Tam, gdzie nie udaje się znaleźć prawnych powodów, gmina sięga po miliony euro i odkupuje budynki. W miejscach, gdzie znajdowały się „okna” pojawiają się sklepy z pamiątkami, a w budynkach które były coffeeshopami otwiera się kawiarnie.
Tym sposobem miasto chce odzyskać kontrolę nad zdominowanym przez zorganizowaną przestępczość kawałkiem miasta. Polityka ta ma swych zwolenników i przeciwników. Zwolennicy tłumaczą, że to nieludzkie: pozwalamy w sercu Amsterdamu na wyzysk rumuńskich czy tajskich nastolatek, tylko po to, by zarabiać na naiwnych Japończykach, przychodzących tutaj popatrzeć na „centrum rozpusty”, o którym przeczytali w swych kolorowych przewodnikach.

Z kolei zwolennicy obecnego charakteru de Wallen argumentują, że prostytucja zawsze istniała i zawsze istnieć będzie, więc miasto powinno cieszyć się z faktu, że w Amsterdamie większość tego typu przybytków znajduje się w jednym miejscu i policjanci zawsze mogą przyjść tu z kontrolą. Zamiast likwidować „okna” i walczyć z wiatrakami, miasto powinno skuteczniej korzystać z uprawnień, które już posiada i ostro zwalczać z właścicieli „okien”, którzy łamią prawo. 

Bez względu na to, kto ma rację, charakter de Wallen w minionych pięciu latach niewiele się zmienił. Mimo wysiłków gminy, w dzielnicy nadal dominuje prostytucja, coffeeshopy i sklepiki ze zbereźnymi pamiątkami dla turystów. Liczba tego typu atrakcji się zmniejsza, ale nadal są ich setki.

Być może akcja władz miasta zakończy się tym, że de Wallen odzyska swój dawny charakter, sprzed lat siedemdziesiątych: charakter portowej dzielnicy z prostytutkami i zadymionymi spelunkami, ale jednocześnie miejsca, gdzie również zwykli amsterdamczycy nie bali się mieszkać czy robić interesy. I gdzie prostytutek się nie wykorzystywało, bo nie pracowały wyłącznie dla bezwzględnych kryminalistów, ale również dla zwykłych „przedsiębiorców” o mentalności księgowego, a nie mafioso.

Gdyby tak się stało, byłoby to z korzyścią dla wszystkich. I dla turystów, którzy nadal by tu chętnie przychodzili podziwiać amsterdamskiego ducha wolności, i dla klientów płatnego seksu, którzy nadal mogliby spełniać swe pragnienia, i dla mieszkańców dzielnicy, którzy nie mieliby poczucia, że mieszkają w rządzonym przez mafię burdelu. I przede wszystkim dla samych kobiet tu zatrudnionych – które wreszcie pracowałyby dla regularnie kontrolowanych „uczciwych” szefów, a nie dla bezwzględnych kryminalistów spod ciemnej latarni.

Tak czy siak: de Wallen było, jest i będzie. I bez względu na to, co myślisz o prawie do legalnej prostytucji, jeśli jesteś w Amsterdamie, powinieneś się tu udać. By utwierdzić się swym przekonaniu: czy to o bezbożnej amsterdamskiej rozpuście kosztem kobiet, czy to o liberalnym i pragmatycznym rozwiązaniu kwestii prostytucji w nowoczesnym mieście wolności.

Na temat de Wallen zdania są podzielone. Ale taki jest właśnie Amsterdam: każdy może tu mieć własne zdanie.